Książkowe i archiwalne wojaże

Publikacje książkowe
Stani
Posty: 538
Rejestracja: 13 lip 2018, 22:02

Re: Książkowe i archiwalne wojaże

Post autor: Stani » 31 gru 2025, 21:32

Cesarz przejazdem w Radymnie - dokończenie -
- Trzymając ciepłą dłoń mojego ojca, mogłem spokojnie spoglądać ku niebu i widzieć — jak nigdy dotąd — jak wielkie i gęste są gwiazdy i jak rzeczywiście zdają się spadać niczym deszcz. Była to bowiem noc przypadająca na czas najobfitszego rocznego deszczu meteorów, który występuje pod koniec sierpnia. Ojciec wyjaśnił mi wtedy, że to „nie gwiazdy spadają”, lecz jedynie kamienie i kawałki żelaza, które tak silnie się żarzą, iż wydaje się, jakby były gwiazdami.
I oto jesteśmy już na dworcu. Dokoła pustka i cisza. Słychać tylko szczekanie psów, które po przejściu naszej dużej grupy wciąż nie mogą się uspokoić. Gdybyśmy szli pojedynczo, każdy z nas zostałby przez nie rozszarpany. Ustawiamy się w kilku rzędach po jednej stronie peronu — nie-Żydzi po drugiej. Wielka oliwna lampa oświetla nas wszystkich. Wisi wysoko, kołysze się, a wraz z nią kołyszą się wielkie cienie wysokich drzew.
Siedzę na ramionach ojca. Panuje cisza, nie pada ani jedno słowo. Po pierwsze dlatego, że jesteśmy na dworcu i trzeba się odpowiednio zachowywać. Po drugie — bo już za chwilę przejedzie cesarz. A przecież mówi się:
„Najpierw Bóg — to pewne; a zaraz po Nim — cesarz”…
(Tak nas, dzieci, uczono).
Dokładnie pośrodku pierwszego rzędu stoi rabin z wołaniem Tory w ręku, obok niego przewodniczący gminy z srebrną tacą — a na tacy bochenek chleba i srebrna miarka z solą.
Mija kwadrans i jeszcze jeden kwadrans, aż nagle w nocnej ciszy słychać gwizd pociągu — tego pociągu, bo przecież nie może to być żaden inny, jak tylko pociąg cesarza. I już słychać turkot kół. Żydzi milkną zupełnie, coraz bardziej cichną, a łoskot kół staje się coraz głośniejszy. Czuje się już z daleka drżenie ziemi, a drżenie to zbliża się coraz bardziej.
Widać już dwa oślepiające reflektory lokomotywy. Pociąg pędzi szybko. Żydzi wstrzymują oddech, a ja siedzę jak przymarznięty na ramionach ojca, ściskam zaciśnięte piąstki i drżę. Jeszcze jeden moment — i zobaczę cesarza, cesarza…
Nie-Żydzi po drugiej stronie peronu zdjęli czapki. Ktoś zawołał, że i Żydzi powinni zdjąć nakrycia głowy. Rabin zdołał jednak powiedzieć:
„Kapelusze — tak; ale broń Boże nie mycki modlitewne!”
I już w tej samej chwili pociąg przelatuje obok: chrześcijanie unoszą w górę chorągiew i krzyż, Żydzi — zwój Tory oraz srebrną tacę z chlebem i solą. Słabo oświetlone okna wagonów migoczą przed oczami niczym świetlista harmonijka, a pociąg pędzi dalej i dalej; turkot kół słychać coraz ciszej i ciszej, aż widać już tylko dwie czerwone latarnie ostatniego wagonu.
I nagle wszyscy odzyskują mowę — każdy z przekonaniem przysięga, że widział cesarza w jednym z okienek, że skinął głową i pomachał ręką. Rozpoznano go wyraźnie po „franciszko-józefowym bokobrodzie”, najbardziej znanej twarzy wśród pięćdziesięciu sześciu milionów obywateli Austro-Węgier, a przede wszystkim — wśród dwóch milionów galicyjskich Żydów.
I tak jak jeszcze przed chwilą panowała wielka cisza, tak teraz powstał wielki tumult. Mówiono rękami, brodami, kapeluszami i laskami — i wszyscy zgodnie uznali, że cesarza rzeczywiście widziano. A ja nawet dziś jestem pewien, że rzeczywiście go widziano…
I Żydzi wcale nie byli zdziwieni, bo po pierwsze cesarz wiedział, że Żydzi z Redim naturalnie wyjdą mu naprzeciw i że nie może ich zawstydzić; z pewnością nie chciał zawstydzić zwoju Tory — on, „król Jerozolimy”. Po drugie, wiadomo było, że cesarz wstaje o czwartej rano; cóż, w tym wypadku było co prawda dopiero trzecia rano, ale tym razem wstał trochę wcześniej, na cześć swoich Galicjan z Redim.
Kiedy wróciliśmy do domu, już świtało. Spojrzałem przez okno. Wiele domów było teraz oświetlonych, podobnie jak nasz. Żydzi odmawiali „Słuchaj, Izraelu!” i przygotowywali się, by w pozostałych godzinach trochę się przespać. Gwiazdy przestały spadać. Wszystkie okna znów zrobiły się ciemne. Koguty zaczęły pianie.
Miasteczko wkrótce zasnęło głęboko i spokojnie, z dobrym poczuciem, że gdzieś tam jest tak dobry cesarz, który czuwa, który nawet w swoich siedemdziesięciu latach osobiście uczestniczy w manewrach, by zapewnić pokój i spokój kraju — kraju, który jest jak skała na wielkim, rozległym i burzliwym morzu Diaspory, skała spokoju i bezpieczeństwa dla dwóch milionów Żydów, w tym miliona Galicjan, którzy wtedy stanowili jedną dziesiątą całego żydowskiego narodu.
„Kejssarjorum hoidoi”
(„Cesarz przejechał - kurz opadł -życie toczy się dalej.”)
— on widział miasteczko, a miasteczko widziało jego.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że pewnego dnia zamieszkam w Wiedniu i będę wielokrotnie widywać cesarza w jego karocy na Mariahilferstraße i na Kaiser-Josef-Straße, i że w roku 1916 zobaczę jego pogrzeb, który jednocześnie był pogrzebem jego imperium oraz końcem stuletniego szczęścia miliona galicyjskich Żydów.
- Koniec -

W sylwestrowy wieczór 2025 pozdrawiam Czytelników moich postów — SB

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 11 gości